Polecamy         
apartamenty
i pokoje gościnne

turystyka
kraków noclegi
fotograf kraków
wrocław noclegi
poznań noclegi












Policyjne Ju-Jitsu
Louis Shomer

Prawdziwy Mężczyzna
Malwina Gartner

Tajemnice największych uwodzicieli
Adrian Kołodziej
Grzegorz Głuś


Fiat 126p
Sportowe modyfikacje i tuning malucha

Aleksander Sowa

Szaman morski CD
Borchardt
Karol Olgierd

Zobacz!

Działania sił morskich po drugiej wojnie światowej
Kubiak Krzysztof
Zobacz!

Zapomniani bohaterowie Marynarka Wojenna RP w czasie wojny
o wyzwolenie Kuwejtu

Kubiak Krzysztof
Mickiewicz Piotr

Zobacz!


Znaczy kapitan
Mp3 (Płyta CD)

Borchardt
Karol Olgierd

Zobacz!


Kapitana Borchardta Listy do Kasi (Marii Frontczakówny)
Borchardt
Karol Olgierd

Zobacz!


Krążownik
spod Somosierry

Borchardt
Karol Olgierd

Zobacz!


Piraci
wielka księga

Malam John
Zobacz!

„Znaczy Kapitan”
Karol Olgierd Borchardt

Wydana w 1960 r. książka "Znaczy kapitan", której bohaterem był jeden z komendantów "Lwowa" - Mamert Stankiewicz, do dziś pozostała "kultową" książką morską. Za życia kapitana ukazały się jeszcze "Krążownik spod Somosierry" oraz "Szaman Morski", a po jego śmierci "Kolebka nawigatorów" oraz zbiór opowiadań autobiograficznych "Pod czerwoną różą" wzbogacony o wspomnienia o kapitanie Ewy Ostrowskiej, która jest również autorką książki "Kapitan własnej duszy. Borchardt znany i nieznany".

Biografia pisarza

Fragment książki „Znaczy Kapitan” dotyczący Szkoły Kadry Marynarki Wojennej w Świeciu


Droga do Francji wiodła przez piękne miasteczko pomorskie Świecie, w którym znajdowała się kadra marynarki wojennej. W miejscowej szkole rekruta rozpoczynaliśmy nasz okres "rycerski". Potem przychodziła szkoła podchorążych w Toruniu, później zaś - służba we flocie. Wracając do cywila oddawaliśmy skwapliwie wszystko, co do "rycerzy" należało, pozostawiając sobie w workach marynarskich jedynie RYCERSKIE PERŁY HUMORU.

* * *


Do kadry w Świeciu trafiłem nieco później od kolegów, nie ze swojej zresztą winy. Zobaczyłem ich ogolone głowy, jak maszerowali w kolumnie czwórkowej. Na mój widok kolumna została złamana wraz z dyscypliną wojskową przez Starca, najserdeczniej mnie witającego. Parę lat przesiedzieliśmy w Szkole Morskiej na jednej ławce.
Starzec, czyli Włodek Cybulski, zawdzięczał swój pseudonim wielkiemu doświadczeniu życiowemu. Humorem, fortelami i znajomością łaciny prześcigał samego Zagłobę. By nie wyjść z wprawy we władaniu językiem Rzymian i naszych przodków, Starzec nieodmiennie rozpoczynał dzień od zdania: "Ubi mea butus sunt?" Rozumieliśmy je w końcu dobrze, wiedząc, że oznacza: "Gdzie są moje buty?", ale Starzec używał potem wielu innych zdań, których już nie rozumieliśmy.
Starzec bardzo wcześnie stracił owłosienie na głowie, w przeciwieństwie do całego ciała pokrytego wspaniałym, gęstym futrem sobolowym, co było przez nas w szkole wysoko cenione jako bezwzględny wyraz męskości. Tę szybką stratę włosów na głowie Starzec przypisywał spotkaniu z papieżem, kiedyśmy to, będąc na "Lwowie" w Genui, odbyli pielgrzymkę do Rzymu. Według opowiadania Starca, gdy papież przez pomyłkę zbliżył się do niego po raz drugi, by go ponownie pobłogosławić - poczuł, że to może okazać się dla niego za silne w skutkach. Wyszeptał nawet po łacinie Satis Papa , ale szept ten nie odniósł pożądanego skutku. Starzec, pobłogosławiony dwukrotnie, upodobnił się wyglądem czaszki do apostoła Pawła.
Owacja, którą mnie powitał Starzec, naraziła go na przewidzianą w regulaminie dawkę kar dla uleczenia od zgubnych nawyków łamania "zakonu rycerskiego". W słowniku kadry nie było takich słów jak "przyjaciel", więc żadne tłumaczenia nie odniosły skutku. Kadra miała na celu przerobienie nas w jak najkrótszym czasie z osób cywilnych na oficerów marynarki wojennej. Odbywało się to przy pomocy zasad Fryderyka Wielkiego, przeszczepionych następnie do Kaiserliche Kriegsmarine, które docierały do nas przez usta starych podoficerów wywodzących się z tejże marynarki.
Kadra była przepełniona ludźmi, miejsca było mało, umundurowania również. W malutkich izbach żołnierskich mieściły się trzy "pokłady" łóż. Starzec zaprosił mnie do swego. Gdy układaliśmy się do snu, pieczołowicie schował pod poduszkę parę swych "rycerskich" butów (ostróg w tym czasie już nie noszono, chociaż w niektórych marynarkach jest to przewidziane). Zdumiony widokiem Starca układającego swe "amfory" pod głową, sądziłem zrazu, że znudziło mu się ich szukać z rana i mówić "ubi mea butus sunt?" Włodek wyjaśnił mi, że zamiast ostróg współcześni "rycerze" mają na podeszwach gwoździe, podobnie jak niekiedy ma się "oczko w głowie". Jednego i drugiego należy strzec z niezwykłą pieczołowitością.
- Patrz - mówił Starzec - ja mam tych "oczek" w każdym bucie po dwadzieścia kilka i żyję, pomimo że trzeba ich mieć prawie dwa razy więcej. Za brak każdego gwoździa, nie kupionego w kantynie i nie wprawionego wieczorem w miejsce, gdzie był poprzedni, ma się tu dodatkowe trudności. Ale ja jestem za stary, żeby się uganiać za gwoździami. Nie zostawiam więc butów na podłodze. Mat je sprawdza, ale potrafi zliczyć buty tylko do siedemnastu. Na tym oparłem całą swoją taktykę, ponieważ jest nas dwudziestu siedmiu.
Wszystko, co Starzec mówił, wydało mi się logiczne, mądre i trafiało do przekonania. Nim nas jeszcze według łaciny Włodka sopor opressit usłyszałem zapowiedź innych "cudów", które tutaj dziać się będą.
Z najgłębszego snu zbudził mnie nagle rozkazujący krzyk:
- Pobudka, pobudka, wstać!
Ślepe posłuszeństwo jest cnotą "rycerza". Chciałem poderwać się i razem ze "zwłokami" innych kolegów wyrzucić się z trzeciego "pokładu" na podłogę izby żołnierskiej. Ale dłoń Starca spoczęła na mym ramieniu. W tumulcie, jaki zapanował, usłyszałem jego szept:
- Zdaje się, że to Darwin powiedział, iż gatunek, żeby żyć, musi się przystosować do warunków. Podciągnij nogi i czekaj na trzecie "wstać". Teraz udawaj poduszkę!
Mat, który zapalił w nocy światło w naszej izbie i poderwał cały oddział na nogi, nie był zadowolony z naszej gotowości bojowej oraz szybkości, z jaką rozkaz został wykonany.
- Wróć! - zabrzmiało raźnie i wesoło.
Kilkadziesiąt ciał, nazywanych tutaj "zwłokami", wróciło do pozycji "leżeć". Gdy ostatnie "zwłoki" przykryły się kocem znów zabrzmiała komenda:
- Pobudka, pobudka, wstać!
By mi pomóc w niewykonaniu rozkazu, opiekuńcza dłoń Starca znów spoczęła na moim ramieniu. Podobnie do niego, podciągnąłem nogi pod siebie, a głowę wciągnąłem w koszulę; wyglądało to jak ogromna poduszka w pośpiechu rzucona na trzecim "pokładzie" przy schodzeniu na podłogę.
Zapanowała cisza. Przed kojami stały wyprężone na baczność "zwłoki" w nocnych koszulach.
- Wróć! - zagrzmiało wśród nocnej ciszy.
Znów wspinaczka na trzecie piętro i postawa "leżeć" pod naciągniętym kocem.
Cisza. Długa chwila ciszy. Czyżby mat zmienił dziś taktykę? Nie! Przegląda na razie nasze buty "rycerskie". Nie czekamy zbyt długo - po raz trzeci pada głośna i dźwięczna komenda.
- Pobudka, pobudka, wstaaać!!!
Dłoni Starca tym razem nie ma na moim ramieniu. Wyrzucamy się jak z procy i zastygamy na podłodze w postawie "baczność". Mat ma silnie rozwiniętą wyobraźnię. W jednej chwili przewiduje potworny nalot.
- Lotnik, kryj się! - brzmi jego następna, pełna troski o nas komenda.
Padamy na podłogę i chowamy dłonie pod szafki, które długim rzędem stoją z przeciwnej strony izby. Więcej nic nie da się ukryć pod szafkami, tylko dłonie.
- Wróć! - uspokajająca komenda mata kończy "nalot". Jeszcze tylko króciutkie sprawdzenie znajomości musztry:
- W dwuszeregu na stole zbiórka!
Na długim, lecz wąskim, ciągnącym się przez całą izbę żołnierską stole ustawia się w dwuszeregu oddział w nocnych koszulach.
- Czwórki w prawo zwrot! - komenderuje niezrównany mat.
Vir incomparabilis - szepce Starzec używając określenia Zagłoby.
Na wykonanie rozkazu "czwórki w prawo zwrot!" stół jest za wąski. Zadanie niewykonalne. Stojący na stole usiłują utrzymać "zwłoki" na wpół wiszące w powietrzu, wsparte o stół już tylko jedną nogą. Przez jakąś chwilę udaje się w ten sposób zachować szyk, ale po sekundzie część oddziału spada na podłogę.
- Spocznij, rozejść się! - komenda ta kończy sprawdzanie naszej gotowści bojowej, zaprawy do walki z lotnictwem oraz znajomości musztry.

* * *


"Perły rycerskiego humoru", zrodzone dzięki matom i bosmanmatom z Kaiserliche Kriegsmarine, którzy znaleźli się teraz w kadrze polskiej marynarki, miały rozmaite odcienie. Był na przykład w Świeciu jeden bosmanmat, znany nam jeszcze ze Szkoły Morskiej w Tczewie, do której przyjeżdżał na sobotnie popołudnia ćwiczyć z nami "pochody duchów"; tak nazywał jedno z ćwiczeń polegające na marszu na palcach z karabinami wzniesionymi do góry. W kadrze uczył on nas... historii Polski.
Był w kadrze również sierżant, który przyjechał kiedyś do Tczewa z wykładem o gazach trujących. Sierżant wszedł do sali gimnastycznej, gdzie byliśmy zgromadzeni, wyprostowany, pewny siebie i swej znajomości przedmiotu. Widok uczniów ubranych w wyjściowe mundury, z naramiennikami ze złotymi kotwicami - zdumiał go nieco. Doszedł do przekonania, że wykład musi zacząć inaczej niż zwykle i podnieść znacznie jego poziom, bo audytorium nie jest takie, jakie miewał dotychczas. Po chwilowym namyśle założył palce prawej ręki na piersi, między guziki, tak jak to miał w zwyczaju Napoleon, prawą nogę wysunął naprzód, zrobił głęboki wdech i rozpoczął:
- Nie jestem ani Mickiewiczem, ani Słowackim, ani żadnym innym fizolofem. Mówić będę wprost. Gazy dzielimy na...
I potem posypały się już nazwy znanych nam i nie znanych gazów.
W kadrze ci sami ludzie zachowują się nieco inaczej. Na olbrzymim placu odbywa się musztra - "rycerskie chodzenie". Pierwsza czwórka, szczególnie ten prawo-skrzydłowy, idzie jakoś nie tak, jak to sobie wyobraża sierżant od gazów.
- Oddział, stój! - ryczy sierżant i podchodzi do wybrańca: - Byku, nogi do góry więcej! Maaarsz!
Musimy maszerować jak "Niemce w pikielhaubach", to jest tak, by noga podniesiona tworzyła kąt prosty z nogą stojącą na ziemi.
- Lewa! Lewa! Lewa!
- Oddział, stój! - I znowu sierżant podchodzi do "byka". - No! Co taka morda durna? Kim był w cywilu?
- Inżynier - odpowiada "durna morda" (w tym wypadku jeden z konstruktorów wspaniałych lokomotyw chrzanowskich, znanych na całym świecie).
Stropiony nieco sierżant wyjaśnia pojednawczo:
- Byk, durna morda, oferma, to takie techniczne wyrażenia wojskowe.
Najwięcej trudności przysparza nam nauka historii Polski prowadzona przez bosmanmata. Nie możemy jej opanować tak, jak bosmat tego wymaga.
- Co to jest ojczyzna? No? - pyta bosmat.
Zapytany jest jednym z absolwentów "Wawelberga" w Warszawie, którzy razem z nami odbywali przeszkolenie rekruckie. Bezskutecznie usiłuje przypomnieć sobie definicję ojczyzny podaną przez bosmanmata.
- No? - pogania bosmat.
Wawelberczyk milczy, nie może sobie przypomnieć.
- No?! Jest ojczyzną menażka z kawą?
- Nie - odpowiada pytany (odpowiedź musi być dana).
- No, co to jest ojczyzna? Jest nią repeta?
- Nie - odpowiada "ciemny rekrut".
- Siadł i wstydził się! - ryczy bosmat. Jest to najstraszniejsza komenda w kadrze, plaga placu ćwiczeń, zwłaszcza po deszczu. Należy bowiem natychmiast po niej siąść w tym miejscu, w którym się stało, wyciągnąć nogi przed siebie, ręce położyć przed kolanami i obowiązkowo przyjąć zawstydzony wyraz twarzy.
- Siadł i wstydził się! - ryczy inny mat przy wpajaniu sztuki zwrotów wojskowych naszemu absolwentowi, Staszkowi, znanemu z opanowania wielu języków oraz swoiście filozoficznego poglądu na sprawy życia codziennego i ludzkich słabości.
Staszek posłusznie siada w miejscu wybranym przez mata, w samym środku kałuży. Wyciąga nogi i przybiera przepisowo zawstydzony wyraz twarzy. W tym momencie nadchodzi jeden z kolegów gimnazjalnych Staszka, który wolał marynarkę wojenną niż handlową i już jako oficer trafił do kadry w Świeciu. Widząc swego kolegę w postawie "siadł i wstydził się" w samym środku kałuży, rzuca się do sprężonego przed nim na baczność mata:
- Jak śmiecie coś podobnego!
Ale siedzący w wodzie Staszek wstawia się za matem, cedząc wolno przez nos wymawiane słowa:
- Rysiu! Daj mu spokój. Przecież on i tak tego nie zrozumie, a ja wytrzymam.
Staszek był w tym wypadku wyrazicielem naszego powszechnego stosunku do matów i bosmanmatów, usiłujących wpoić w nas "rycerskość" w taki sposób, w jaki ich samych nauczono.
Okres rekrucki zakończył się utwierdzeniem naszych przełożonych w ich "wspaniałej" metodzie przez zaproszenie całej kadry podoficerskiej na pożegnalne przyjęcie. Na tym zorganizowanym przez nas przyjęciu główne czynności można było określić słowami "spirytus do gębuś a nieboszczykus do grobus". Tak według Starca miał jakoby powiedzieć organista, zastępując księdza na pogrzebie.
Trochę inaczej wyglądała sprawa z młodymi "pistoletami", którzy tylko co się wykluli na oficerów i dostali w swe ręce to, co Rzymianie uważali za rzecz najbardziej boską: rządzenie ludźmi.
Kiedyś wieczorem w naszej izbie żołnierskiej zjawił się nie znany nikomu "pistolet". Po odebraniu meldunku dyżurnego o stanie ludzi zadał nieoczekiwane pytanie:
- Porządek jest?
- Tak jest, panie poruczniku, porządek jest! - zdecydowanie odpowiedział dyżurny izby.
Wygrzebana zapałką zza szafy odrobina kurzu rozwiała nasze złudzenia o czystości i porządku. "Pistolet" zarządził zbiórkę wszystkich mieszkających w izbie. Z ułożoną na kocu zapałką cały oddział pomaszerował wśród ciemności, wichru i deszczu, by zakopać ją wraz z odrobina kurzu w najodleglejszym kącie olbrzymiego placu.
Od tego czasu kiedy tylko "pistolet", przezwany przez nas "Ali Babą", miał służbę - sprzątającym izbę był regularnie wyznaczany Starzec. Po przewidzianej regulaminem godzinie, od której nie obowiązywał już strój wieczorowy, Starzec - nagi do pasa - ustawiał się na stołku koło szafy z miotłą na kiju w jednej ręce i ścierką w drugiej. Rodzime "sobole" pokrywające jego skórę potwierdzały nasze przypuszczenia, że jeśli przyjąć za słuszne twierdzenie nie znanej nam dziewczynki na egzaminie, iż Darwin był pierwszym człowiekiem pochodzącym od małpy, to Starzec był niechybnie drugim.
Ali Baba wpada do izby. Starzec pręży swe futro na piersi, nie schodząc ze stołka. Trzymając kij od miotły, jak karabin z "bagnetem na broń", i dzierżąc ogromną ścierkę w drugiej dłoni, melduje się jako rekrut sprzątający izbę żołnierską, której stan wynosi dwudziestu siedmiu ludzi.
- Porządek jest? - pyta Ali Baba.
- Robi się, panie poruczniku! - odpowiada Starzec.
Strzał Ali Baby trafia w próżnię, dowcip z zapałką i dłubaniem w szparach nie da się zastosować. Zawiedziony "pistolet" patrzy na wspaniałe sobole Starca, górującego nad zwierzchnikiem wyglądem i dowcipem.
- No! Rekrut ...ski! Chłop jak dąb, a takim cienkim głosem gada? - pyta Ali Baba.
- Tak jest, panie poruczniku. Zdarza się, że chłop jak dąb, a takim cienkim głosem gada - powtarza za nim jak echo Starzec, świetnie naśladując piskliwy głos "pistoleta".
- Rekrut ...ski - syczy Ali Baba - co znaczy ten grymas na twarzy?
- Tak jest, panie poruczniku! To nie jest grymas na twarzy, to są nerwy, panie poruczniku!
- Rekrut ...ski - zirytowanym już głosem mówi Ali Baba - rekrut nie śmie mieć nerwów. Tylko histeryczka może mieć nerwy!
- Tak jest, panie poruczniku - piszczy Starzec, naśladując głos i wyraz twarzy Ali Baby - rekrut nie śmie mieć nerwów! Tylko histeryczka śmie mieć nerwy!
Wszyscy dusimy się od śmiechu. Ali Baba traci panowanie nad sobą, ale rozumie, że Starca nie wyprowadzi z równowagi, a sam tylko się ośmiesza. Starcowi nie można nic zarzucić pod względem służbistości i zachowania się.
"Spocznij!", które rzuca "pistolet", odnosi się więcej do niego samego niż do Starca i do nas.
Od tej pory nasza kompania staje się przedmiotem szczególnej troski Ali Baby na odcinku wykształcenia rekruckiego.
Ali Baba lubi słodycze. Zawsze nosi przy sobie małe metalowe pudełeczko z cukierkami i częstuje się nimi co jakiś czas. Starzec stwierdził kiedyś, że Ali Baba skraca w ten sposób okres swego dojrzewania do palenia papierosów.
Ali Baba ssie cukiereczki, a kompania już kilka godzin ćwiczy w terenie pod jego czujnym okiem. Każdy rekrut wygląda jak wystawa próbek gruntów, przez które kompania maszerowała. Ledwie żywi wleczemy się do koszar po jesiennej, rozmiękłej drodze.
- Kompaniaaa śpiewa! - piskliwym głosem rozkazuje Ali Baba.
Starzec grywał na gitarze akompaniując sobie do śpiewu. Miał głos czy go nie miał, o tym trudno było zdecydować, ale śpiewał. Na rozkaz oficera Starzec podaje pierwsze słowa piosenki na melodię znanego przeboju:

Ali Baba! Ten mały Ali Baba!
Czterdzieści cukiereczków
W pudełeczku miał...

Kompania zaczyna śpiewać. W tej samej chwili Ali Baba dostrzega wyimaginowane przez siebie samoloty.
- Lotnik, kryj się!
Kompania rozbiega się po obu stronach drogi. W gęstej, lepkiej glinie, w kałużach żółtej wody leżą "zwłoki" rekrutów.
- Zbiórka! Maaarsz!
Kompania odrywa się od łona matki ziemi i maszeruje dalej. Właściwie jest nam zupełnie wszystko jedno, w co kto się położy. I tak na nikim nie ma już suchej nitki. Woda w butach od dawna chlupie. Oddział wygląda jak zespół glinianych bałwanów. Roboty będzie na cały wieczór, by doprowadzić wszystko do porządku.
I znów Ali Baba spostrzega samoloty. Jego piskliwy głos ostrzega:
- Lotnik, kryj się!
Znów cała kompania ryje się w świeżo zaoranym polu.
- Kompania! Maaarsz!
Żółte maszkary ustawiają się na drodze i maszerują. Nasz wygląd nastraja Ali Babę śpiewnie.
- Kompaniaaa! Śpiewa! - komenderuje rozradowanym głosem.
Czekamy na podanie słów i melodii przez Starca. Włodek improwizuje swój najnowszy szlagier:

Panie! Niech pan przestanie!
To przecież skandal jest podobne zachowanie...

Kompania śpiewa głośno i wyraźnie, wybijając w błocie takt butami.
- Lotnik, kryj się! - piszczy Ali Baba.
Kryjemy się na rozmiękłym gruncie podmiejskich ogrodów. Tym razem jest to pole po ściętej kapuście.
Boczną drogą nadchodzą ludzie wracający z pracy do domów.
- Zbiórka! Maaarsz!
Kompania maszeruje, ale już nie śpiewa.
Ali Baba uczy naszą kompanię również odpowiedniego zachowania się w lokalach, w miejscach użyteczności publicznej, w tramwajach, autobusach. Na placu ustawione stołki imitują tramwaj. Na jednym siedzi Ali Baba i ssie swoje cukiereczki. Należy wejść między stołki, "zobaczyć nagle" oficera, zasalutować i poprosić o pozwolenie zajęcia miejsca. Jak dotychczas, wszyscy rekruci naszej kompanii są niesłychanie zdolni i umieją znaleźć się w tej sytuacji.
Między stołki wchodzi teraz Starzec. Nie spostrzega Ali Baby. Staje tak, jakby trzymał się jedną ręką wyimaginowanego rzemiennego uchwytu, wiszącego nad przejściem w tramwaju. Kołysze się cały, jakby wóz rzucał bardzo, z trudem trzyma się na nogach i milczy.
Starzec udaje to wszystko tak świetnie, że dziecinny "pistolet" nie może powstrzymać się od śmiechu. Niewyjaśniona sytuacja przedłuża się. Starzec imituje teraz podskoki tramwaju, ale nie prosi o zajęcie miejsca. Cała kompania śmieje się już głośno, a Ali Baba razem z nami.
W pewnej chwili oficer sztywnieje, zdając sobie sprawę, że uległ urokowi dowcipu.
- No! Rekrut ...ski - syczy w kierunku Starca.
- Tak jest, panie poruczniku! - odpowiada Włodek i jakby dopiero teraz dostrzegł zwierzchnika, salutując z trudem, bąkając "przepraszam". Ale o pozwolenie zajęcia miejsca nie prosi.
- Rekrut ...ski, proście o pozwolenie zajęcia miejsca! - pomaga Ali Baba.
- Ja tylko jeden przystanek, panie poruczniku. Postoję!
Ali Baba nie wytrzymuje i parska śmiechem razem z całą kompanią.
Od tej chwili Ali Baba, choć nie zaczął palić i ssał dalej swoje cukiereczki, nie wstydził się już przychodzić po skończonej służbie do izby żołnierskiej i słuchać wesołych improwizacji Starca.
Prawdziwie "czarną rycerską perłą" w naszym marynarskim worku wspomnień było wykrycie tajnej organizacji wojskowej w łonie samego wojska. Zauważono w jednym z oddziałów stacjonujących w Świeciu, że mat staje na baczność przed rekrutem i szepce coś jakby "Tak jest, panie..."
Sprawa wydała się podejrzana i tajemnicza. Sprowadzony dla wyświetlenia jej oficer żandarmerii polowej przyłapał mata na gorącym uczynku stawania na baczność przed rekrutem i meldowania: "Tak jest, panie..." Zabrano ich na przesłuchanie.
Pierwszy - według starszeństwa - zeznawał mat: W cywilu jest stewardem na jednym z naszych statków, a rekrut... jego kapitanem. Tak się złożyło, że kapitanowi tyle czasu odraczano służbę wojskową, iż dopiero teraz powołano go na przećwiczenie rekruckie. Powołano jednocześnie i stewarda na ćwiczenia rezerwy. Za dwa tygodnie wracają na statek. Rekrut będzie na powrót kapitanem, a mat - stewardem.
Rekrut już zeznań nie składał.

* * *

Zobacz inne książki w formie elektronicznej


POWRÓT