DWUTYGODNIK NR 13 16-31 PAŹDZIERNIKA 2000 r.

LUDZIE WŚRÓD LUDZI

Świecie - osiedle wojskowe. Godzina 13.45. Z mieszkania państwa Kaliszewskich przy ulicy Żwirki i Wigury wychodzi ich córka Karolina. Osiemnastolatka jest świeżo upieczoną studentką. Jedzie do Bydgoszczy szukać kwatery. Tuż po wyjściu dziewczyny w jej pokoju zapala się telewizor pozostawiony w stanie "na czuwaniu". O 14.10 płonie już całe mieszkanie.

- Tego dnia byłem na działce - mówi emerytowany pułkownik Jan Kaliszewski. - Wracałem do domu około 14.30. Już z daleka widziałem wozy strażackie pod moim blokiem. Pomyślałem: Boże, żeby tylko nie u mnie! Podszedłem bliżej. Strażacka drabina sięgała okna mojego mieszkania! Odymiona ściana bloku, na chodniku dużo gruzu. Nogi się pode mną ugięły.
W tym czasie sąsiad Kaliszewskich - ppłk Janusz Szner, szef szkolenia w 12 Pułku Radioliniowo-Kablowym Ziemi Świeckiej zawiadomił o zdarzeniu oficera dyżurnego jednostki. Ten natychmiast uruchomił pododdział alarmowy. Na pomoc ruszyło 20 żołnierzy służby zasadniczej. Do późnych godzin wieczornych usuwali zgliszcza i wynosili z mieszkania Kaliszewskich to, co udało się uratować.

- Byłam wtedy w pracy - wspomina ów feralny dzień Anna Kaliszewska, dyrektorka jednego ze świeckich przedszkoli. - Przyjechałam do domu, kiedy strażacy dogaszali ogień. Weszłam do środka. Zobaczyłam piekło. Strażacy w maskach gazowych szukali Karoliny. Nie wiedzieliśmy przecież, czy na pewno wyszła z domu. Na chwilę stanęło mi serce. Oczyma wyobraźni widziałam córkę martwą. Potem ulga - nie ma jej w zgliszczach. Zasłabłam. Na szczęście na miejscu był już lekarz z jednostki, który dał mi zastrzyk uspokajający.
Tego dnia Kaliszewscy stracili prawie wszystko. Spłonęły meble, dywany, ubrania, nowe kafelki w łazience. Dwie ściany nadawały się tylko do zburzenia. Zadzwonił telefon. Z jednostki. Nie zostali sami ze swoim nieszczęściem! Dowódca świeckiego pułku - ppłk dypl. inż. Tadeusz Krawczyk proponował pogorzelcom swój pokój gościnny na terenie jednostki.
- To była wyjątkowa sytuacja, nie mogłem nie ofiarować im pomocy - twierdzi dowódca pułku. - Każdy na moim miejscu zrobiłby to samo. Kaliszewscy zupełnie niepotrzebnie dziękowali mi za gościnę za każdym razem kiedy spotykałem ich na terenie jednostki.

Dach nad głową - to nie jedyna forma pomocy, jaką ofiarował poszkodowanym. Wysłał do spalonego mieszkania fachowców z miejscowego oddziału WAK - hydraulika, elektryka i malarza. Trochę się obawiał, bo przecież nie jest to do końca legalne. Zwyciężyło przekonanie, że trzeba ludziom pomóc. Do pomocy włączyli się również żołnierze służby zasadniczej, którzy popołudniami wspierali murarzy. Na Wojskową Agencję Mieszkaniową Kaliszewscy nie mogli liczyć. Niedawno wzięli kredyt i wykupili mieszkanie na własność. Okazało się, że na własność kupili również wszelkie nieszczęścia związane z M4.
- Gdyby nie wojsko, do dziś siedziałbym na zgliszczach i płakał - drżącym głosem wyznaje Kaliszewski. - Od pierwszego dnia mogłem liczyć na żołnierzy jak na najlepszych przyjaciół. Wiadomo, jaką mam emeryturę jako były oficer. Żona w oświacie też dużo nie zarabia. Mamy dorastające dzieci. Na naszym koncie nie ma "zaskórniaków" odłożonych na czarną godzinę. Na pewno nie stać by nas było na wynajęcie fachowców do remontu. Sam doprowadzałbym to mieszkanie do stanu używalności przez wiele miesięcy. Dzięki pomocy z jednostki remont trwał zaledwie trzy tygodnie.

Najwięcej strat w pożarze poniosła Karolina - spłonęły wszystkie jej rzeczy. Kaliszewscy potrzebowali pieniędzy, żeby wyposażyć ją na studia. Sąsiedzi z wojskowego osiedla pomogli jak mogli. Zabierali dziewczynę do sklepu, kupowali ubrania i kosmetyki. Pracownicy pułku - cywilni i wojskowi - choć zarabiają niewiele, zorganizowali zbiórkę w pododdziałach. Wojskowe Biuro Emerytalne poinformowało ich, że mogą otrzymać zapomogę okolicznościową.
- Jakie to szczęście, że mąż pracował w polskiej armii - mówi pani Anna. - Czy gdyby był prawnikiem, bankierem albo lekarzem, też otrzymałby taką pomoc od kolegów z pracy? Wątpię...

Rodziny żołnierzy zawodowych zawsze stanowiły zwartą społeczność. I chociaż czasami niełatwo jest funkcjonować w tak jednolitym środowisku - to okazuje się, że w sytuacjach podbramkowych można liczyć na sąsiadów i kolegów z pracy. Ale jak to w życiu bywa, prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie.

Tekst i fot.: Agnieszka SZKODA

POWRÓT